piątek, 10 sierpnia 2012

Maska Stapiz Sleek Line - recenzja

Opakowanie maski dobija dna, więc czas najwyższy na recenzję! A oto bohaterka:

Maska regenerująca z jedwabiem i wyciągiem z pestek słonecznika Stapiz Sleek Line

Nie będę przepisywać zapewnień producenta, bo jak wiadomo, są oni w stanie napisać tam wszystko, nawet że dany kosmetyk robi kawę rano :)
Wklejam natomiast skład, z którego wszystko się dowiemy.

Skład
Aqua - woda, 
Cetearyl Alcohol - alkohol tłuszczowy, emolient, zapobiega parowaniu wody z włosa 
Cetrimmonium Chloride - antystatyk, ułatwia rozczesywanie, wygładza, substancja myjąca
Isopropyl Myristate - substancja zmiękczająca, wiążąca wodę, ułatwia przenikanie składników
Halianthus Annuus - słonecznik zwyczajny
Cyclopentasiloxane - silikon lotny, odparowujący z włosa lub zmywalny odżywką
Dimethiconol - silikon, zmywalny łagodnym szamponem
Hydrolyzed Silk - jedwab hydrolizowany
Butylene Glycol - zmiękcza, wygładza, promotor przenikania składników
Malic Acid - substancja buforująca
Prunus Amygdalus Dulcis Seed Extract - ekstrakt z nasion migdałowca słodkiego
Actinidia Chinensis Fruit Juice - sok z owoców kiwi
Citrus Aurantium Dulcis Fruit Juice - sok z owców pomarańczy słodkiej
Citrus Paradisi Fruit Juice - sok z owoców grejpfruta
Pyrus Malus Fruit Juice - sok z owoców jabłka 
PEG-40 Hydrogenated Castor Oil- emulgator o/w
Parfum, Alpha-Isomethyl Ionone, Eugenol, Hexyl Cinnamal, Linalool - substancje zapachowe
Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylaraben - konserwanty

Na zielono substancje pochodzenia naturalnego, na żółto dwa lekkie silikony. Dużo substancji tłuszczowych i silikony mówią nam, że maska dobrze nawilży i zatrzyma wilgoć we wnętrzu włosa. Może także obciążyć pasma.
Na 5. miejscu słonecznik... tylko co z tego słonecznika? (Tu dłuższa dygresja :)) 
Jeśli olej to ok, kolejna substancja substancja natłuszczająca i pełna witamin, pożądana dla włosów. Natomiast o ekstrakcie nie potrafię za dużo powiedzieć, jeśli jest to wyciąg olejowy (chyba najprostszy do otrzymania) to będzie miał właściwości takie jak olej, jeśli wyciąg wodny - to wit. B6 i cynk, które mogą zapobiegać nadmiernemu przetłuszczaniu, a także inne minerały jak żelazo, wapń i potas. Myślę jednak, że chodzi o olej słonecznikowy - szkoda jednak, że producent tego nie zaznaczył. Doszukałam się też 2 innych błędów w składzie, ale już nie będę się zagłębiać ;)
Proteiny jedwabne już nieco dalej w składzie, ale przeproteinowane włosy mogą zaprotestować :)
Kwasy owocowe zawarte w sokach z cytrusów i jabłka obniżają pH maski (nie wiem, na ile, bo nie posiadam pasków - czy ktoś mierzył pH tej maski?). Wyciągi z cytrusów zamykają łuskę włosa, ograniczając parowanie wody, wypłukiwanie ewentualnych barwników farby, włosy będą bardziej błyszczeć. Wyciągi te mogą też rozjaśnić włosy, wprawdzie nie jest ich jakoś dużo, ale gdzieś wyczytałam opinię, że maska dodała jaśniejszych refleksów niefarbowanym włosom.
Wyciąg z migdałów nawilża i odżywia włosy.

Opakowanie
Plastikowy słoik o pojemności 250 ml i 500 ml (ja mam ten mniejszy). Dla mnie to plus, bo lubię maski w słojach, ale niektórzy mogą nie lubić gmerania palcami w kosmetykach :) Pod nakrętką dodatkowa 
nakładka, zapobiegająca wylaniu produktu - fajny pomysł na podróż. Oczywiście można ją wyrzucić, żeby sobie nie utrudniać życia, np. pod prysznicem :)


Konsystencja 
Gęsta, śliska, nie trzeba jej dużo, żeby pokryć całe włosy.


Zapach
I to jest clou całej tej imprezy :) nie ukrywam, że maskę kupiłam głównie ze względu na jej zapach. Naczytałam się ochów i achów na temat tego przepięknego aromatu gumy balonowej i nie mogłam się oprzeć :). Zapach jest intensywny, po otwarciu słoika pachnie cała łazienka, po nałożeniu na włosy - całe mieszkanie :) W opakowaniu sprawia wrażenie dość chemicznego, jednak na włosach zmienia się w autentyczny zapach gumy do żucia, tudzież innych cukierkowych słodkości. 
Na włosach utrzymuje się długo, właściwie do następnego mycia - choć to oczywiście zależy od tego, jak często myjemy włosy ;) myślę, że znaczenie ma tu też porowatość włosów, jeśli jest wysoka, maska wniknie głęboko i zapach utrzyma się dłużej. Zauważyłam też, że im dłużej trzymam maskę, tym dłużej utrzyma się po wysuszeniu. Kiedy trzymałam kilka minut pod prysznicem, zapach na drugi dzień był już dużo lżejszy... Natomiast raz przesadziłam i trzymałam ją chyba ze 2 godziny (nie miałam kiedy zmyć :)) i zapach przez kolejne dni był tak samo intensywny jak pierwszego, aż musiałam zaplatać włosy, żeby nie bolała mnie głowa. Ale było to bardzo przyjemne :) 
Rozpisałam się, ale tak naprawdę zapach odgrywa tu główną rolę.

Wydajność
Dość dobra, ze względu na śliską oraz gęsta konsystencję. Słoik 250 ml wystarczył mi na ok 10 aplikacji i jeszcze trochę tam zostało.

Cena i dostępność
Na allegro poniżej 10 zł, w sklepach z artykułami fryzjerskimi 15-20 zł. W drogeriach nie widziałam, więc dostępność słaba.

Działanie
Na moich włosach maska sprawdza się dobrze. Włosy są nawilżone i odżywione na poziomie optymalnym* średnim, bez jakiegoś szału,  to samo z połyskiem czy miękkością. Może to tylko właściwość moich włosów, ale po wysuszeniu naprawdę efekt jest średni, taki... normalny :) na pewno jest lepiej, niż gdybym tylko umyła włosy i nic więcej. Ale miałam już lepsze maski :) Co do efektu rozjaśnienia się nie wypowiem, gdyż rudy znany jest jako najmniej trwały barwnik. Wypłukuje się, płowieje i rozjaśnia od byle czego, więc nie wiem, w jakim stopniu maska się do tego przyczyniła. 
Jedno wiem na pewno - u mnie maska nieco rozprostowuje skręt, fale robią się łagodniejsze i znikają kręciołki. Ponadto włosy są jakby lżejsze i bardziej puszyste, w dobrym znaczeniu.
Krzywdy mi w każdym razie nie robi, a ja nie ze względu na działanie ją kupiłam, a z powodu zapachu - a tu jestem w pełni usatysfakcjonowana :)

Miałyście tę maskę? Jak się sprawdzała?

edit: po licznych komentarzach szanownych Anonimów sprostowuję: optimus to po łacinie najlepszy. Ja jestem biologiem i mam w głowie takie wykresiki, gdzie optimum było między minimum a maksimum.
Oświadczam więc, że maska nawilża średnio, ani beznadziejnie ani jakoś super :)

środa, 8 sierpnia 2012

Farbowanie: intensywna miedź L'Oreala

Przyszła pora na realizację jednego z sierpniowych planów - odświeżenie rudości :) Od ostatniego farbowania minęło 7 tygodni, więc czas już był najwyższy ku temu. Nie było tak źle, bo włosy nie rosną mi zbyt szybko, więc odrost nie był duży - jedynie kolor spłowiał od letniego słońca :)

Farba
Znów wybrałam farbę L'Oreala Feria Preference w kolorze Mango (czyli 74 - intensywna miedź). Stosuję ją już długo i wiem, jakiego efektu się po niej spodziewać. Ostatnio seria Feria Preference zmieniła design opakowań, pudełko wygląda teraz tak:

Zmieniły się też opakowania kremu utleniającego i odżywki. Nie będę się zagłębiać w opisywanie - wyglądają po prostu bardziej elegancko i "profesjonalnie" :) Zaskoczyły mnie także czarne rękawiczki, wyglądają z lekka perwersyjnie :D

Kolor
Włosy farbował mi mój facet (w innych rękawiczkach, te były za małe ;)) i muszę powiedzieć, że spisał się na medal - wszystkie włosy równiutko, jednolicie zafarbowane. Kolor wyszedł znów wpadający w czerwień, ale ostatnio dość szybko utlenił się do płomiennego rudego, więc nie ma problemu. Swoja drogą nie wiem, czemu tak jest... Kiedy pierwszy raz farbowałam tym produktem, kolor wychodził bardziej pomarańczowy, to już raczej drugi odcień rudości z tej serii, czyli Pure Paprika wychodził czerwono, Mango było jaśniejsze. Nie wiem, czy zmienili coś w składzie, raczej mam podejrzenia, że teraz moje włosy są o wiele zdrowsze niż rok temu, dlatego kolor wychodzi intensywniej i ciemniej.

A oto efekty
Wyjątkowo zdjęcia dość wiernie oddają kolor :) Chciałam mieć też takie w słońcu, ale już mi uciekło z balkonu, dlatego prezentuję jedyne w swoim rodzaju zdjęcia fifty-fifty :D





Ogólnie jestem bardzo zadowolona. Mam nadzieję, że kolor nie spłowieje zbyt szybko, jeśli będę chować się przed słońcem :) Teraz pora na kolejny sierpniowy plan - mega-nawilżanie!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Podsumowanie lipca

Przepraszam za długą nieobecność, ale zniechęcenie w stosunku do włosów nie ułatwiało pracy nad blogiem... Nie oznacza to, że zaprzestałam ich pielęgnacji - co to to nie :) za dużo pracy włożyłam w doprowadzenie ich do tego stanu - jestem naprawdę zadowolona z ich kondycji, nawilżenia, miękkości. Tylko to wypadanie tak mnie irytuje. Co mi po zdrowych włosach w ilości sztuk 5??? ehhh.....


Postanowiłam zająć się czymś innym, żeby nie myśleć tyle o włosach. Ponieważ ostatnio "atakują" mnie blogi o tematyce zawiązanej z aktywnością fizyczną, pomyślałam, że jest to dobry trop. Pod koniec ciąży (i usprawiedliwiając się zimową porą...) niemal zupełnie przestałam się ruszać, po ciąży jedyną aktywnością było podnoszenie ciężarów - zaczynając od 4 kg, bo tyle ważył synio (obecnie już 10 kg do dźwigania ;)), teraz postanowiłam wziąć się za siebie. Zwłaszcza, że wszystkich nadprogramowych kg po ciąży nie udało się pozbyć :) Ponadto odkrywam nowe kolory lakierów do paznokci, więcej czytam, wkręcam się w picie yerby - ale spokojnie, nie zmienię tematyki bloga. Może tylko czasem wrzucę jakąś wzmiankę na temat "nie-włosowy".

Posłuchałam Waszych rad i ścięłam włosy tylko trochę... a właściwie podcięła je Teściowa :) i tu kwestie są sporne: ja uważam, że było to co najmniej 5 cm, a Ona że najwyżej 3 cm :) Trochę żałuję, że nie zmierzyłam ich miarką, ale jakoś mi głupio było - i tak mam już opinię włosowej wariatki :) Włosy obcięte zostały na mokro na prosto - teraz to nie za bardzo mi się podoba i chyba delikatnie je wycieniuję.

Przy okazji dziękuję wszystkim, którzy odradzali drastyczne skrócenie herów i w ogóle angażowali się w pomoc przy kryzysie włosowym. Wasze rady i słowa pociechy wiele dla mnie znaczą! A moje włosy na pewno są wdzięczne, że nie zostały skrócone o głowę :) a było blisko, bo stwierdziliśmy z moim facetem, że to jedyna okazja, żeby zobaczyć jak będę wyglądać obcięta np. "na chłopaka", tudzież "na jeżyka" ;)

Włosy wyglądają teraz tak: (kolory jak zwykle przekłamane, tym razem z racji zachodzącego słońca :))


Dla porównania włosy przed podcięciem w tej samej koszulce:



 Do pielęgnacji w lipcu używałam:
  • szampony: głównie balsam Babydream fur Mama, zamiennie z odżywką Isana wygładzającą, kilka razy Facelle, raz Barwa żurawinowa
  • odżywki d/s: Isana wygładzająca
  • odżywki b/s: Joanna Naturia z lnem i rumiankiem, oraz z makiem i bawełną - na zmianę
  • maski: zamiennie Dolce Latte, Biovax do włosów wypadających, Stapiz Sleek Line (recenzja wkrótce), Isana z proteinami pszenicy i pantenolem
  • oleje: na zmianę oliwa z oliwek, olej lniany, oliwka Babydream Fur Mama, oliwka Hipp, olejek Alterra z migdałami i papają - wszystkie na wilgotne włosy i bazę w postaci odżywki Isana z aloesem zatężonym
  • półprodukty: dodawane do masek aloes zatężony, hydrolizat keratyny, kwas hialuronowy, miód, pantenol, gliceryna
  • płukanki: przeważnie cytrynowa, rzadko lniana
  • stylizatory: odżywka b/s
  • wcierki: Jantar (kilka razy - lenistwo:))
  • dodatkowo: henna cassia 

Co planuję w sierpniu? 
  • n a w i l ż a ć ! słońce i upały dają się włosom we znaki... Na pewno ukręcę mgiełkę z półproduktów, no i jak zwykle będę dodawać do wszystkiego miodu, aloesu, pantenolu i gliceryny. Protein na razie nie chcą, z tego co zaobserwowałam
  • odświeżyć kolor - to już pewnie w tym tygodniu
  • pozużywać wreszcie otwarte maski i kupić coś nowego do wypróbowania, zmiany pewnie się przydadzą włosom
  • zacząć wreszcie regularnie stosować wcierki - pod tym względem jestem strasznym leniwcem, na zużycie czekają Jantar i Radical. Liczę też na pozytywne efekty masażu skóry głowy przy okzaji
P.S.
Jako bonus moje pierwsze ombre mój pierwszy gradient na paznokciach :) nie wiem, czy chce mi się jeszcze tak bawić, ale MUSIAŁAM spróbować! :D

edit: pierwotnie napisałam "ombre na paznokciach" ale u Pastereczki dowiedziałam się, jaka jest różnica :) są tam nawet podobne do moich ;) o tutaj: http://pasterka.blogspot.com/2012/08/czym-sie-rozni-ombre-nails-od-gradient.html

niedziela, 22 lipca 2012

Kryzys - chyba zetnę włosy :(

Jakaś depresja mnie dopadła. Włosy mam długie, jak nigdy w życiu (zawsze sięgały ramion, ew. troszkę za ramiona) w "wyproście" przed podcięciem końcówek były do zapięcia stanika, ale są tak marne, że nijak to nie wygląda :(

Wypadają mi STRASZLIWIE, bo jestem po porodzie (synio ma już pół roczku) i przechodzę to, co wszystkie mamy: super włosy w ciąży, a po porodzie łyse placki... Mam mega prześwity, zwłaszcza na skroniach, włosy po bokach głowy to 2 smętnie zwisające strąki, zasłaniające te skronie tylko trochę, w dodatku maja długość do brody i są wystrzępione (stopniowanie od grzywki jeszcze przed ciążą i włosomaniactwem).

Po umyciu są puszyste i jakoś to jeszcze wygląda, ale nie chodzę w rozpuszczonych, bo maluch uwielbia je targać (a co złapie to wyrywa) więc splatam je w warkocz. Tylko taka fryzura wchodzi w grę, bo każde wyższe upięcie (kucyk, koczek) odsłania te przerzedzone skronie. Ale ten warkoczyk już taaaaki cieniutki - i będzie jeszcze cieńszy, bo wypadają ciągle. Co mycie wyciągam garść włosów z wanny.

Nie czeszę ich w ogóle, żeby ich dodatkowo nie wyszarpywać, tylko jak mam odżywkę d/s, to delikatnie przeczesuję palcami, żeby powyciągać te wypadnięte, zaplątane w resztę. Potem suszę naturalnie, chwilę chodzę w rozpuszczonych, żeby nacieszyć się tą długością i tym blaskiem i miękkością, jaką mają ostatnio.

Potem zaplatam i myję co drugi, albo trzeci dzień. Rozplatać nie ma co, bo przez warkocz fale deformują się, a przy głowie przyklap - nic,  czym można by się pochwalić

Wcieram wcierki, piję drożdże i skrzypokrzywę i biorę też witaminy, z racji karmienia piersią. Widzę, że odrastają, na grzywce mam już nawet  2-3 cm baby hair, ale co z tego, jak te długie wypadają? To jak ja będę wyglądać za kolejny miesiąc, dwa, trzy? Kilkucentymetrowe włosy na całej głowie, a reszta to smętny ogonek? Bez sensu.

Jedyny sposób, jaki widzę, to obciąć je dość krótko - do linii brody, może trochę dłuższe i niech odrastają. Jest mi tak strasznie ich szkoda :( Nawet nie chcę myśleć, kiedy odrosną mi znów takie długie. A moim marzeniem są takie do połowy pleców, już tak niedużo mi brakuje... rok zapuszczania i mogłabym mieć wymarzoną długość :(

Myślałam, że jeśli zadbam o suplementację - drożdże, pokrzywa i będę stosować wcierki to zahamuję wypadanie, ale takiego pociążowego chyba nic nie da rady zahamować. Jestem załamana.

sobota, 21 lipca 2012

Co ja zabieram na wakacje? Włosomaniaczka na wakacjach wg. Palomity


Swoje włosowe niezbędniki na wakacjach opisały już Anwen i Wiedźma, opiszę i ja. Dziewczyny mają zdrowe falujące włosy, moje kosmyki są raczej zniszczone i przez to wysokoporowate. A do tego falują - a nawet próbują się kręcić :) - więc jest to zestaw wakacyjny kręconowłosej.

Do mojej kosmetyczki zabieram:
  • do mycia: balsam do kąpieli Babydream fur Mama - posłuży jako szampon, żel pod prysznic i płyn do higieny intymnej. Zabrałabym Facelle, ale niestety do higieny intymnej jakoś mi nie służy... w domu zużywam go do mycia ciała i włosów - uwielbiam!
  • odżywka: niezawodna Isana z olejkiem babassu - używam jej jako odżywki do mycia włosów, pierwszego O przy metodzie OMO, jako odżywkę d/s po umyciu szamponem - do rozczesania włosów na mokro i wreszcie jako bazę pod olej. Ach, zapomniałabym - posłuży jeszcze jako żel do golenia :) to mój kosmetyk idealny!
  • maska: najlepiej coś nawilżającego o prostym składzie, żeby można było łatwo stuningować oliwą, żółtkiem, miodem - zależy, co zastanę na miejscu wypoczynku :) wybieram Bingo z algami, choć mam słuszne podejrzenia, że nie będzie czasu na długie rytuały z czepkiem i ogrzanym ręcznikiem, pewnie będzie wykorzystywana na czas prysznica i tyle :)
  • olej: najlepsze będą mieszanki typu Babydream, Babydream fur Mama, Hipp, Alterra. Z racji łagodnego zapachu i delikatnego składu wybieram oliwkę Hipp (olej słonecznikowy i migdałowy) - posłuży jako oliwka do ciała, "krem" do twarzy, "krem" do rąk (paznokcie, skórki), stóp (suche pięty) i wreszcie włosowo - do zabezpieczania końcówek, do ew. tuningowania maski i olejowania włosów, jeśli będzie na to czas :)
  • odżywka b/s: któraś Joanny, np. z lnem i ruminkiem. Posłuży też za stylizator - np. do reanimacji fal następnego dnia
  • stylizator: zastanawiam się, czy brać... zwykle sama odżywka b/s wystarcza. Jeśli jednak się zdecyduję, będzie to żel Isana pomarańczowy (męski)
  • do zabezpieczania końcówek (a moich suchelców nawet na długości, powiedzmy od ucha w dół) - jedwab CHI. Buteleczka jest malutka, nie zajmie dużo miejsca, a silikony w lecie to przydatna rzecz.
  • coś z filtrem do zabezpieczania - ja używam raczej nakryć głowy, ale za kosmetyk z filtrem może posłużyć wcierka Jantar, rozpylona na włosy. Przyda się także do reanimacji fal następnego dnia.



Oprócz tego do walizki wskakują:
  • nakrycie głowy: chustka, kapelusz, czapka z daszkiem - przydają się zwłaszcza w okolicach południa, gdy słońce praży najmocniej
  • ręcznik z mikrofibry - w domu używam bawełnianych koszulek chłopaka, ale przecież nie będę ich brać na wakacje :)
  • drewniany grzebień z szeroko rozstawionymi zębami - chyba, że ktoś używa własnych paluchów, jak ja :) paluchy miejsca w walizce nie zajmują ;)
  • puder dla dzieci - świetnie sprawdza się w roli suchego szamponu w kryzysowych sytuacjach, wystarczy nie za dużą ilość nasypać na grzywkę albo w okolicach przedziałka i wmasować, a potem jeszcze troszkę wyczesać i do wieczornego mycia fryzurka wytrzyma :) oprócz tego puder przydaje się też jako normalna zasypka
Myślę, że to nie jest dużo: 6-7 produktów, plus jeden malutki. Bez jakiegoś specjalnego ograniczania, ale też staram się wybierać kosmetyki wielofunkcyjne. Część przelewam do mniejszych buteleczek, co dodatkowo ogranicza zajmowanie cennego miejsca :) I tyle! ;)

piątek, 13 lipca 2012

Mój hit - miód + odżywka do mycia włosów

Zupełnie przypadkiem odkryłam świetną mieszankę do mycia włosów odżywką. Otóż jestem sobie u moich rodziców, z racji ograniczonej przestrzeni bagażowej (większość zajęły rzeczy dziecka ;)) zabrałam ze sobą tylko odżywkę Isana z babassu i Joanny z Lnem b/s. Szampon i oliwkę podkradam maluchowi ;). Ponieważ moje włosy po farbowaniu henną są żałośnie przesuszone, staram się dawać im więcej nawilżenia, a proteiny i treściwe maski niech sobie poczekają na razie. Ale czym nawilżyć włosy, jak się nie ma pod ręką aloesu, gliceryny, mocznika? Moje oko łasucha wypatrzyło w kuchni miodek :)


Miodu używałam już do tuningowania masek, ale w mniejszej objętości w stosunku do reszty składników i efekty nigdy nie były tak spektakularne. A więc do rzeczy:
Mieszanka wyglądała tak: do miseczki 2-3 łychy miodu i tyleż samo odżywki Isana. Wyszło sporo - idealnie, żeby umyć skórę i rozprowadzić na włosach. Spodziewałam się tępej, trudno rozprowadzającej się konsystencji - i jakież było moje zdziwienie, bowiem mieszanka: po pierwsze rozprowadza się idealnie, gładziutko, jedwabiście i nic a nic nie plącze, a po drugie: świetnie myje skórę i włosy! Samą odżywkę musiałam długo spłukiwać, a i tak na końcu miałam wrażenie, że mimo wszystko została na włosach. Mix z miodkiem wypłukuje się bezproblemowo, zostawiając uczucie czystego skalpu i piszczących/skrzypiących włosów.
Mieszankę zostawiłam na jakieś 15 min na głowie. Po zmyciu nałożyłam jeszcze odżywkę, która była dołączona do farby L'Oreala -niby jej mało, a coś nie mogę jej wydenkować :) Włosy spłukałam chłodną wodą i na mokre nałożyłam odżywkę Joanny b/s.

Jak efekty? Miodzio! :) Włosy miękkie i jedwabiste w dotyku jeszcze podczas mycia, oczywiście po wysuszeniu także, wydaja się wreszcie nieco bardziej nawilżone, nie puszą się i co najważniejsze - błyszczą! :) Lśnią jak lusterko. Żeby nie było niejasności - to wszystko to zaleta nie tylko Isany z miodem, ale też protein z henny i regularnego olejowania. Tyle, że odżywka i miód wreszcie nawilżyły sucharki.

Zdjęcie poglądowe juz tradycyjnie nie oddaje stanu faktycznego: w rzeczywistości są dużo bardziej błyszczące, śliskie - zsuwa mi się z nich gumka :) i mięciutkie. Natomiast końcówki zbijające się w strąki to efekt ciągłego ich dotykania (nie mogę się powstrzymać! :)) no i ogólnej słabej jeszcze kondycji moich włosów.


Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaopatrzyć się w kilka słoiczków złocistej słodyczy i nawilżać, nawilżać, nawilżać! I oblizywać łyżeczkę :)

PS.
Wyłączyłam już weryfikację obrazkową - nawet nie wiedziałam, że jest w standardzie. Wszystkich poirytowanych przepraszam :)

środa, 4 lipca 2012

Cassia + lipcowa aktualizacja włosów

Zdecydowałam się na farbowanie włosów cassią - bezbarwną henną. "Farbowanie" to chyba jednak nieodpowiednie słowo, skoro jest bezbarwna :) może "odżywianie"? Jednak zmienia ona nieco odcień włosów - u blondynek na złoto, u brunetek dodaje złotą poświatę... a u mnie? Sama nie wiem. Wygląda jakby cassia nieco rozjaśniła kolor i rzeczywiście dodała złotych refleksów. Ja tam jestem na tak :)


Z samym nakładaniem cassii było trochę problemów, bo zamiast poczytać na wizażu, zrobiłam tak, jak w instrukcji i okazało się, że jedno opakowanie to nieco za mało na moją długość. Według instrukcji należało hennę rozrobić z sokiem z cytryny do konsystencji gęstej śmietany i odstawić na 12 godzin. Po tym czasie dodać jeszcze trochę soku i nakładać. Ja przed nałożeniem dodałam jeszcze trochę odżywki Isana z babassu, gdyż gdzieś w głowie kołatało mi się, że odżywka (bez silikonów) ma zapobiec nadmiernemu przesuszeniu włosów. Ilość gotowego produktu w miseczce nie wyglądała na małą, ale okazało się, że takie błotko nic a nic nie ślizga się po włosach (zwłaszcza, że nakłada się na suche), ciężko nałożyć je w pobliżu skalpu i jednak jest go zdecydowanie za mało. Na pewno nie na tyle, żeby według zaleceń nałożyć cassię "jak krem na tort" :)

Następnym razem mam zamiar zrobić tak: henna z sokiem z cytryny na 12 godzin, po tym czasie do miseczki duuuużo odżywki, miód, może jakiś wyciąg z aloesu? Czyli właściwie maska nawilżająca z dodatkiem henny ;) bo 2 opakowania henny naraz jakoś mi się nie uśmiecha nakładać, takie tanie to one nie są :)

Z technicznych rzeczy to jeszcze tyle, że przykryłam włosy czepkiem, ręcznika nie zakładałam, gdyż temperatura powietrza przekraczała 30 stopni :) podgrzałam tylko 2 razy całość suszarką i trzymałam na włosach przez 2 godziny. Ostrzegam, że głowa z towarem robi się dość ciężka :) wbrew obawom spłukało się bardzo łatwo, włosy rozczesałam delikatnie palcami polewając je wodą, potem wyschły naturalnie. Nie używałam żadnego szamponu ani odżywki.

Jak wrażenia? Hmmm...  na pewno są bardzo wysuszone, wymagają porządnego nawilżenia. Na pewno bardziej błyszczą, a właściwie mienią się w słońcu na złoto. Na pewno są nieco sztywniejsze i przez to wydaje się, że jest ich więcej. A może jednak pogrubiły się nieco? Ocenię to po umyciu i nałożeniu jakiejś super-nawilżającej maski, żeby trochę zmiękły :) Ogólnie efekt bardzo mi się podoba.

No i jeszcze jedna sprawa - zapach. Słyszałam opinie, że henna/cassia śmierdzi mokrym sianem (niektórzy twierdzą, że jest to siano spod konia ;)) Dla mnie ten zapach to aromat herbaty, względnie jakichś ziół, może yerby? Na początku przebijały się w nim jakieś nutki zgnilizny, ale im dłużej z henną na głowie, tym bardziej byłam oczarowana zapachem. Mój facet też twierdzi, że pachnie herbatą :) Trochę mi było szkoda, że zapach zniknie po wysuszeniu, ale czuć go troszkę, zwłaszcza, że noszę zaplecione włosy - jak je rozpuszczam, unosi się dookoła :)

A teraz aktualizacja :) dla porównania najpierw zdjęcie z czerwca:


A tu moje włosy w lipcu. Są umyte 2 razy w odstępie 2-dniowym szamponem Barwa, żeby zmyć ewentualne silikony i farbowane cassią. Przyrostu nie oceniam, gdyż podcinałam ok 1-2 cm końcówek.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...